Tata zza obiektywu.
Dodane przez redakcja dnia Marzec 03 2018 19:06:57

Poniżej prezentujemy fragment artykułu o Marianie Górecznym napisany przez jego córkę Jadwigę Góreczną, a zamieszczony w XXI tomie Kutnowskich Zeszytów Regionalnych wydanych w 2017 roku przez TPZK. Jeśli zainteresuje Was ten fragment – zapraszamy do przeczytania całości…

 

Images: ARTYKUL-GORECZNY-5.jpgGdy wyszukuję w pamięci najstarsze wspomnienia z dzieciństwa, to oczywiście pojawia się w nich Mama, krzątająca się po domu, szyjąca mi śliczne sukieneczki, czytająca bajki lub zawiązująca kokardki na moich niesfornych włosach. Babcię Bronię pamiętam zwykle siedzącą w dużym, starym fotelu i dziergającą na szydełku przepiękne serwetki, firanki i narzuty. Dziadzio Franio, ciepły, serdeczny, zawsze mający dla mnie czas, obierający ziemniaki na obiad, które mu dzielnie podawałam. Starszy Brat Jędrek, chodzący do szkoły, za duży, żeby bawić się z berbeciem, o co toczyliśmy wieczne wojny. A Tata? „Jagusiu – spojrzyj na Tatę!” Pstryk. Zza obiektywu aparatu fotograficznego śmieje się do mnie i namawia do zrobienia jakiejś śmiesznej miny. I jeszcze częsty obrazek wieczorem – Tata rozkłada w kuchni akcesoria do wywoływania zdjęć i wiemy, że przez dwie, trzy godziny nie będzie można tam wejść. Poza tym pamiętam, że Tata bardzo dużo pracował, często wyjeżdżał i ogólnie mało bywał w domu. Mój Tata. Marian Góreczny. Tytan pracy, artysta fotografik, pasjonat turystyki.

Nie bez powodu w tym właśnie momencie, chcę wrócić do zasadniczego tematu tej opowieści – artystycznej i fotograficznej pasji Ojca. Z tego, o czym pisałam dotychczas wyraźnie widać, że Tata od wczesnej młodości uczył się, pracował w gospodarstwie, pracował zawodowo i pomagał swojej Mamie, jednym słowem niewiele miał czasu na realizację własnych zamiłowań. Trudno powiedzieć, czy w innych warunkach miałby szansę zostać uznanym malarzem, ale jego młodzieńcze szkice ołówkiem na cieniutkim papierze czy późniejsze rysunki pokazują, że miał talent. Z lat 40-tych i 50-tych ocalało kilkanaście rysunków. Są to portrety rodziny i znajomych, próby zastosowania perspektywy w rysunku krajobrazu, budynki itp. Oczywiście nie pamiętam, kiedy Tata kupił pierwszy aparat i zaczął robić zdjęcia. Są w domowych albumach fotografie z wczesnych lat 50-tych, ale pierwsze aparaty w rodzinie mieli brat Mamy – Stefan i kuzyn Jerzy Krakowiak. Sądzę, że starsze zdjęcia zostały wykonane przez nich, ale jednocześnie był to początek fascynacji Ojca tą techniką. Kiedy Siostra Wanda wyszła za mąż i Tacie odpadła część zobowiązań, poważnie zaczął gromadzić informacje i sprzęt.

Kupował literaturę i po krótkim okresie oddawania filmów do wywołania do zakładów fotograficznych, zaczął sam kupować odczynniki i wykonywać roztwory do wywoływania w koreksie. Pamiętam z późniejszych wspomnień w rodzinie kursy, kółko fotograficzne, nowych przyjaciół, m. in. p. Wacka Budzyńskiego i zawodowego fotografa p. Banawenturę Grodzińskiego. Zaczynają pojawiać się zdjęcia rodziny, okolic Kutna i różnych imprez już wyraźnie wykonywane przez Tatę.

Images: ARTYKUL GORECZNY 2.jpgPo pewnym czasie Tata zdecydował się na zakup powiększalnika, a wraz z nim kuwet do wywoływacza i utrwalacza, różnych szczypiec, kolorowych lamp, przy których można było wykonywać odbitki.  Przybywało też w domu aparatów fotograficznych, lamp błyskowych i obiektywów. Ówczesne aparaty wymagały wykonania wszystkich nastaw, było mnóstwo pierścieni i różnych pokręteł do ustawiania przysłony, czasu naświetlania, głębi ostrości itp. Pamiętam szalenie dla mnie tajemnicze urządzenie, które Tata nazywał światłomierzem. Zanim przystąpił do robienia zdjęć, otwierał mały futerał, zdejmował białą osłonkę z jednej strony i coś pracowicie ustawiał, a to, co pokazało urządzenie, przenosił na nastawy w aparacie. Przyznam szczerze, że nawet kiedy jako nastolatka próbowałam swoich sił w fotografii, oczywiście pod okiem Taty, nigdy nie pojęłam zasady korzystania ze światłomierza.

Przedstawionych na zdjęciach aparatów Tata używał przez wiele lat. START B to sprzęt produkcji polskiej, lustrzanka, do której był zakładany szeroki film 6 x 6. Jeden z obiektywów służył do oglądania obszaru przed aparatem dzięki układowi luster, co pozwalało dokonać ustawień ostrości, drugi to obiektyw przesłonięty, otwierany migawką na czas naświetlania kliszy. Aparat ten był dość duży i ciężki, dlatego pewnie pamiętam go zwykle ustawionego na statywie. Nie ma też w archiwach taty szerokich negatywów i niestety nie wiem, co się z nimi stało.

Drugi aparat to rosyjski ZORKI 4 - nieduży, poręczny, sama używałam go jeszcze w latach siedemdziesiątych. Na nim zrobiono najprawdopodobniej większość zdjęć z początkowego okresu. Oba te aparaty zostały sprzedane kolekcjonerom w 2001 roku i podobno były w pełni sprawne.

Images: ARTYKUL-GORECZNY-4.jpgWspomniałam wcześniej, że Tata rozpoczął pracę w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej. Jednym z działów był zakład pogrzebowy. Posiadał on na wyposażeniu autobus w kolorze szarym, który wykorzystywany był do przewożenia żałobników. Ktoś w Przedsiębiorstwie wpadł na znakomity pomysł, polegający na tym, że skoro w niedziele nie ma pogrzebów, to autobus można wykorzystać do innych celów, np. na wycieczki dla pracowników i ich rodzin. Począwszy od maja w każdą niedzielę chętni na wycieczkę przychodzili na zakładowy plac przy ul. Narutowicza i w zależności od pogody, temperatury i pomysłowości uczestników zapadała decyzja o kierunku wycieczki. Następowała zbiórka pieniędzy na paliwo i ruszaliśmy w Polskę. Część tych wyjazdów pamiętam, cześć mojej wiedzy pochodzi z rozmów prowadzonych przy okazji przeglądania zdjęć, ale są to jedne z najprzyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa. Na wszystkie te wyjazdy Tata zabierał aparat i uwieczniał na kliszy rodzinę, znajomych, piękno krajobrazu. Nie sposób zamieścić choćby po jednym zdjęciu z każdego wyjazdu, więc samolubnie wybrałam dwa z mojego ulubionego miejsca. Latem, kiedy było ciepło, jeździliśmy nad jeziora do Zdworza lub Koszelówki. Od urodzenia uwielbiałam wodę i podobno zaraz przy pierwszej okazji potuptałam prosto do jeziora i nie było takiej siły, która by mnie z niego wyciągnęła. Tata pływał bardzo dobrze i doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie, jeśli jak najszybciej nauczy mnie pływać, bo ciężko upilnować zawziętego szkraba. Tak mi zostało do dzisiaj – uwielbiam baseny, jeziora, morze i pływanie w nich.

Lubił robić zdjęcia niepozowane. Najwięcej frajdy miał zawsze z zaskakiwania ludzi pstryknięciem. Starał się uchwycić ruch i pewnie stąd bardzo dużo zdjęć bawiących się dzieci. Tata dużo eksperymentował. Lubił wstawać wcześnie, więc niekiedy jeszcze przed pójściem do pracy robił zdjęcia wschodzącego słońca przy użyciu różnych filtrów nakładanych na obiektyw, wychodził na łąki nad Ochnią, gdzie czasem blisko ziemi kłębiły się mgły, na każdym spacerze wyszukiwał ciekawe domy i miejsca godne uwiecznienia. Niestety nie potrafię umiejscowić w czasie różnych zdarzeń z dzieciństwa, ale gdzieś jeszcze w pudłach na strychu są zdjęcia w dużym formacie, naklejone na płytę laminowaną z otworami do zawieszenia, prezentowane na jakiejś wystawie. Było tam zachodzące słońce, widziane przez szuwary na wodą, jakieś zaułki kutnowskie, których już pewnie dawno nie ma i moje zdjęcie wśród kwiatów naszej jabłonki.

Pamiętam, że przy robieniu takich dużych powiększeń, na odbitkach pojawiały się różne skazy, plamki, które trzeba było wyretuszować. Tata miał kawałek szkła pokryty czymś czarnym, ustawiał na stole silną lampę, wkładał do oka lupę zegarmistrzowską i cieniuteńkim pędzelkiem nanosił tę czarną „farbę” na białe, niedoświetlone plamki. Podobnie było, kiedy robił zdjęcia na zamówienie. Z czasem stał się znanym w Kutnie fotografikiem amatorem i wiele osób prywatnych, a także instytucji zwracało się do Taty o zrobienie zdjęć na jakiejś uroczystości. Wtedy zawsze dużo czasu poświęcał najpierw na wybranie najlepszych ujęć, a później jeszcze na wyretuszowanie odbitek.



 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 


Treść rozszerzona