Ksiądz Jan Sposób o czasach dzieciństwa i o powołaniu
Dodane przez redakcja dnia Czerwiec 29 2019 15:35:17


Images: KSIADZ JAN SPOSOB FOTO.JPGTo nie jest takie proste… wytłumaczyć swoje powołanie. Jeżeli chodzi o mnie, to trudno by było wyjaśnić. Niektórzy może powiedzą, że się chwalę, ale o moim powołaniu postanowiono jeszcze przed moim narodzeniem. Trochę to dziwne, ale tak postanowiła moja Mama. W domu były już dwie dziewczynki, Mama była w ciąży z trzecim dzieckiem, sąsiadki stwierdziły, że teraz to będzie chłopczyk. A Mama powiedziała, że jeśli urodzi się chłopczyk, to zostanie księdzem. I gdy 14 lutego 1923 roku we wsi Krasew, powiat Radzyń Podlaski w rodzinie Sposobów przyszedł na świat chłopczyk, któremu dano na imię Jan, ludzie we wsi mówili do Mamy: masz księdza… I do mojej osoby przykleiło się to nazwanie „ksiądz”, a w żartach sąsiedzi mówili, że może nawet biskup.... Gdy podrosłem, zacząłem pasać krowy. We wsi była tylko sześcioklasowa szkoła powszechna, którą ukończyłem. W szkole dobrze się uczyłem. Mówiono, że zdolny byłem nieprzeciętnie. Gimnazjum było w Łukowie. Czasami ktoś z naszej wsi zaczynał do niego chodzić, ale w większości dzieciom ze wsi nie szła nauka, rzadko które kończyło gimnazjum. Mnie rodzice nie posłali do tej szkoły.

W naszej wsi była znana idea salezjańska, prenumerowano wiadomości salezjańskie, czytano je na głos w domach. W sąsiedniej wiosce był taki przerośnięty chłopak Edward Świder, który przystał do Salezjanów (notabene później został księdzem). Przychodził do naszego domu, bo u mojego stryja fryzjera się strzygł. I to z nim rozmawiałem i ja, i moja rodzina. Dzięki niemu dowiedziałem się wielu informacji o zakonie. Gdy Edward pojechał na misje, to ja dostałem się na jego miejsce do Niższego Seminarium Salezjańskiego w Daszawie (za Lwowem). Naukę w tej szkole rozpocząłem w 1937 roku. W tym małym seminarium w tym czasie uczyło się 180 chłopców. Ja tak bardzo chciałem się kształcić, że starałem się czas nauki wykorzystać jak najlepiej.

Pod względem nauki i prowadzenia się wychowawcy nie mieli ze mną żadnych kłopotów. Z domu wyniosłem grzeczność, pracowitość i pobożność. Tata, Antoni był prostym człowiekiem pracującym na roli, ale był mądry życiowo, pracowity i staranny. Uczył nas, dzieci, porządku swoim własnym przykładem. W gospodarstwie nie mogło być bałaganu, wszędzie musiało być czysto. Po jakiejkolwiek robocie w gospodarstwie, nawet po żniwach wieczorem trzeba było posprzątać. W płocie żadna sztacheta nie mogła się ruszać. Podwórko w naszym domu wyglądało jak boisko, trawa przystrzyżona – Tata wypuszczał konie, które pięknie wygryzły trawę. Do nas, dzieci, mówił: kto ma dużo zadane, niech najpierw odrobi lekcje, a później przyjdzie pomóc w gospodarstwie; kto ma mało zadane, niech najpierw przyjdzie pomóc. Tata zawsze myślał o nas, żeby nie było uszczerbku na nauce. Pamiętam, jak nam, dzieciom, opowiadał o czasach, gdy sam był dzieckiem. Było to jeszcze za cara, wtedy u nas szkół nie było. Ale Tata nauczył się pisać, czytać i rachować. Z Galicji do nas latem przyjeżdżali ludzie do pracy na roli, niektórzy zostawali na zimę i organizowali kursy szkolne dla chłopców. Nauka odbywała się u gospodarza, który miał większy pokój. Wtedy nie liczyło się ile klas skończył, tylko ile zim. Nie było zeszytów, uczyli się na deseczkach, obitych dookoła listewkami. Tę deseczkę zalewało się woskiem na gładko, a po niej pisano rylcem, którego jeden koniec był ostry, a drugi gładki. Podczas lekcji pisano litery, po sprawdzeniu przez nauczyciela zacierano je gładkim końcem rylca i można było pisać od nowa. W domu po skończonych lekcjach trzeba było zeskrobać wosk, roztopić i zalać tabliczkę na nowo.

Moja Mama, Stanisława była bardzo pobożną osobą, ale nigdy nie zmuszała mnie do modlitwy, wręcz przeciwnie, służyła mnie i rodzeństwu przykładem. Umiała czytać, w domu były książeczki do nabożeństwa, przywożone z Częstochowy, takie grube, mówiono na nie kantyczki. Mama pięknie śpiewała, uczyłem się od Niej zarówno pieśni, jak i modlitw. W szkole bardzo mi brakowało mojej Mamy, gdy zobaczyłem w kaplicy figurę Matki Bożej, stwierdziłem, że to właśnie Jej będę się zwierzał ze swoich przemyśleń. Trudno było, tyle kilometrów od domu, byłem gdzieś na Ukrainie sam, bez rodziny… Podczas nauki, w czasie przerw biegałem do kaplicy pomodlić się przed figurą Matki Boskiej. A moją główną modlitwą były Godzinki, które umiałem na pamięć.

 

Ksiądz Jan Sposób – żołnierz AK, Salezjanin, kapelan szpitalny i środowisk kombatanckich, społecznik, patriota… , a dziś Honorowy Obywatel Miasta Kutna!

Powyżej przedstawiamy fragment wspomnień ks. Jana Sposoba zawartych w artykule pt. „Wszystko co w życiu robiłem, było z miłości do Boga i Ojczyzny” – wspomnienia księdza Jana Sposoba (wspomnień księdza Jana Sposoba, w okresie od wiosny do jesieni 2013 roku, wysłuchała i opracowała Bożena Gajewska, TPZK). Artykuł ukazał się w XVII tomie Kutnowskich Zeszytów Regionalnych.

Bożena Gajewska


Treść rozszerzona