pocz±tek wrze¶nia 1939 roku
Dodane przez redakcja dnia Wrzesień 04 2019 22:55:43

Ze wspomnień księdza Michała WoĽniaka, proboszcza parafii Kutno (opracowanych przez ks. Ludwika Królika).

Był liczny poranek jesienny, pi±tek 1 wrzenia 1939. Bawił u mnie na wakacjach Ks. Dominik Dziewanowski. Przed dwoma tygodniami był w Gdyni. Po drodze wst±pił do swych sióstr do Bydgoszczy, a potem na parę dni, przed rozpoczęciem roku szkolnego, chciał się zatrzymać u mnie. Spał w salonie. Wtem, w pi±tek przed godzin± 6 rano wpadł do mego pokoju z zapytaniem czy słyszałem jakiewybuchy. Byłem senny, ale słyszałem, bo te wybuchy mnie obudziły. Poczęlimy snuć przypuszczenia, co by to mogło być. Gdy tak rozmawiamy, zabrzęczał telefon. To ze szpitala wzywaj± na gwałt do rannych wszystkich księży. Pobiegłem więc z Ks. Oziębłowskim. Księża prefekci obaj i drugi Ks. Wikary Malinowski wyjechali do wojska na kapelanów. Ranni byli to rzemielnicy i robotnicy, którzy wykańczali koszary w Sklęczkach oraz inni z poci±gu, id±cego do Łodzi. Na koszary i na poci±g rzucono z samolotów bomby, a potem ostrzeliwano jeszcze poci±g z samolotu, karabinem maszynowym. Taki był pocz±tek wojny w Kutnie. Odczulimy to, jako zwykły napad zbójecki, bo wród rannych nie było wcale żołnierzy. Widok był okropny. Ciała porozrywane odłamkami bomb, stanowiły u niektórych osób jedn± miazgę bezkształtnej masy. Udzielalimy rozgrzeszenia ciężej rannym i namaszczalimy na czole, jeli to było można. Mniej rannych zostawialimy na póĽniej. Nie moglimy nad±żyć, bo nowych przywożono. Ranni umierali, a nie było komu wynie¶ć do kostnicy. Kilkadziesi±t osób tego dnia było ofiar. Nazajutrz było już mniej. Ale w niedzielę 3 wrzenia z gór± pięćset osób zmasakrowano. A stało się to dlatego, że Kutno zawalone było uchodĽcami od granicy. Wiele osób zebrało się na dworcu kolejowym, chc±c się dostać kolej± do Warszawy. I w tę masę ludzi samolot rzucił kilka bomb. Zabitych było od razu przeszło dwiecie osób - resztę strasznie pokaleczonych, którzy też zaraz poumierali. Tylko we dwóch z Ks. Oziębłowskim udzielalimy ostatnich Sakramentów. Oczywicie już nie w szpitalu tylko, ale gdzie się dało. Na wozach, na skwerku przed szpitalem. Sutanna powalała się krwi± ludzk±, bo trzeba było wród rannych przyklękać, aby ich opatrzyć. Gdy wróciłem póĽnym wieczorem do domu, wyczerpany do ostatnich granic fizycznie i moralnie, piesek Bobik pocz±ł obw±chiwać sutannę i spogl±dać na mnie, jakby chciał zapytać, co to wszystko znaczy. Nad wieczorem bomby zapaliły zbiorniki spirytusu. Powstał z tego olbrzymi pożar. Widać było w miecie, a nawet w okolicy.

Tego dnia Ks. Marian Pawłowski, tutejszy parafianin, miał prymicje. Smutne to były prymicje. Na sumie mało było ludzi. Nieszporów wcale nie było. Prymicjant po obiedzie pojechał na Florek do rodziców swoich, aby się pożegnać, zabrać rzeczy i udać się wraz z uchodĽcami w stronę Warszawy. Kolej już stanęła, bo było niebezpiecznie jechać, zreszt± mosty już były niepewne.

Tak samo rozmylał mój przyjaciel Ks. Dziewanowski, jakby się dostać do Warszawy. Stanęlimy na szosie przed plebani± i obserwowalimy uchodĽców, którzy w rozmaity sposób uciekali. Wielu było takich, co na ręcznym wózku ci±gnęli sami swoje mienie. Wielu teŜ pytało się o drogę. Przeważnie ci, co jechali samochodami. Wtedy próbowalimy nawi±zać rozmowę, czy by nie mogli zabrać dwóch księży. Trafiło się, że jeden samochód, aczkolwiek bardzo pełny, ale jeszcze jednego księdza mógł zabrać. Pojechał Ks. Dziewanowski. Po dwóch godzinach, już w nocy, udało się i neoprezbiterowi zabrać się na otwarty, ciężarowy samochód. Ogromnie się tym martwiłem, bo noc była chłodna, a Ks. Pawłowski był lekko ubrany. Ale Bogu dzięki dojechał szczę¶liwie. Radio zaraz pierwszego dnia podało przemówienie Prezydenta Mocickiego o rozpoczęciu przez niemcy wojny. Zebrał się też sejm i rozpoczęły się mowy. Nie mieli nic innego do rady, tylko powtarzać jeden poseł po drugim: "nauczył nas marszałek Piłsudski, jak zwyciężać mamy, a więc zwyciężymy". Dopok±d niemcy nie przerwali nam wiatła z Włocławka, codo 7 wrzenia [1939], słuchalimy radia. Ale Boże się pożal takich wieci. Właciwie z placu boju nic nie podawano. Dodawano niby ducha narodowi, ale bardzo blado. A głoszono takie bzdury strategiczno - polityczne, że od razu wiadomo było, jak na frontach idzie. Kutno ma smutn± sławę, bo znów pułkownik z Kutna Umiastowski, wsławił się swoimi mowami przez radio. Taki pan zamiast i¶ć na front, plótł trzy po trzy, jak to ludno¶ć cywilna ma zatrzymywać wroga. Kiedy wojsko nasze, mówił, będzie musiało się cofn±ć, trzeba dzwonić w dzwony, zwołać ludno¶ć miejscow±. Kopać rowy na poprzek szosy czy drogi i nad tymi rowami stawiać barykady. Gdyby nie było materiału pod ręk±, to rozbierać budynki we wsi i z tego robić barykady. Postawić na straży młodych chłopców na rowerach, "żeby, gdy tank niemiecki wpadnie do rowu, chłopcy prędko mogli dać znać naszemu wojsku o tym tanku. Przed rowem kła¶ć brony żelazne do góry zębami". Tę mowę słyszałem na własne uszy, a spikerka po trzykroć potem powtarzała. Podobno w jakiejwsi posłuchano się tej rady, co do położenia bron żelaznych. Niemcom nic się nie stało, ale za to cał± wiezrównano z ziemi±, a ludno¶ć wycięto co do jednego. Pozbawieni gazet, bylimy zdani na fałszywe wieci, jakie podawało radio, a przeważnie na mowy Umiastowskiego, bo codziennie miał codo powiedzenia. A oto znów próbka m±droci stratega: "żołnierze! strzelajcie wolno, bardzo wolno. Ostatni± kulę zostawcie dla siebie, aby się żywym nie oddać". A nasi żołnierze podobno chcieli strzelać prędko i celnie, tylko ich wstrzymywano, Ŝe to jeszcze nie czas. Toteż dziewi±tego dnia Niemcy już stali pod murami Warszawy, a Warszawa płonęła.

Czwartego wrzenia, w poniedziałek, bardzo rano był na plebanii Kardynał Hlond. Jechał do Warszawy samochodem wojewody poznańskiego. Towarzyszył Mu kapelan i dwóch policjantów. Jeden z nich był szoferem. Zjedli niadanie, odpoczęli i ruszyli dalej. Gdy się Prymasa pytałem o sytuację, pocieszał nas, Ŝe do nas niemcy nie dojd±. Sam widział wielkie umocnienia nad Wart± i wielk± liczbę naszych wojsk. Nie wiem, czy to mówił szczerze, czy tylko, aby nas pocieszyć. Mam wrażenie, że się trochę jeszcze łudził, nie wiedz±c o tym, że nasze plany wojenne s± w rękach niemców, którzy też wcale na tę linię obronn± nie poszli. St±d ta póĽniejsza bitwa o Kutno, kiedy już wojska niemieckie były pod Warszaw± (…).

Całe kolumny uchodĽców, bez przerwy d±żyły w stronę Warszawy. Ale rychło zrobił się zator, bo czoło tej kolumny musiało stan±ć w Łowiczu, względnie w Sochaczewie. Najprzykrzej było patrzeć na małe zbiedzone dzieci, które pogubiły swoich rodziców, bo albo zostali zabici, albo się gdziew tym chaosie zabł±kali. Niemniej przykro było odpowiadać na pytania młodych chłopców, którzy z papierami powołania do wojska, dopytywali się, którędy mog± się dostać do punktów werbunkowych. Niestety, nie tylko biur werbunkowych, ale i wojska naszego tu nie widzielimy. Czasem przemaszerował jakioddział, ale to już wygl±dało na ucieczkę i to Ľle zorganizowan±. Wieziono np. pontony. Stanęli przy plebanii i debatowali, czy dalej jechać. Przecież tu takiej rzeki nie ma, aby ten sprzęt był potrzebny. Wreszcie pojechali i stanęli na dłużej w Kaszewach. Pokazało się, że już byli okr±żeni. Potem szła nasza artyleria w odwrocie, a kawaleria ochraniała tyły. Smutny to był widok. Tym więcej smutniejszy, że już wiedzielimy, iż nie na ratunek Warszawy szli, lecz na własn± zgubę pod Sochaczewem. Mówiono bowiem wyraĽnie, że s± okr±żeni i do Warszawy już nie

dojd±. 6 wrzenia była krwawa roda. Bombowce cały dzień zabijały ludzi cywilnych, bo wojska nie było. Paliły domy w Gnojnie, Zakład XX. Salezjanów, gdzie był skład amunicji zbombardowano i spalono pięć budynków. Stało się to wskutek nieroztropnoci naszych władz wojskowych. Bo kto składa amunicję w tak znacznym miejscu? Przy tym pełno szpiegów. Amunicję wożono kolej±, bo jest do Gnojna żeberko kolejowe. W ten sposób stracono wszystk± amunicję, jaka była przeznaczona na tę okolicę i narażono na zniszczenie budynków.

Szczę¶liwym trafem ocalał pałac (niedokończony jeszcze), gdzie mieszka do dziKs. Dyrektor i gdzie jest kaplica, stodoła murowana, dwie obory murowane, gdzie miały być warsztaty po przeróbce i kuĽnia, zostały doszczętnie spalone. Nawet mury rozrzucone przez wybuchy bomb, jakie tam były złożone. Straty, około 30.000 zł. Instytucja handlowa "Wspólna Praca", olbrzymie składy desek, papy, smoły i innych towarów, paliły się przez parę dni. Chodziło o bombardowanie kolei i mostu kolejowego, a naprawdę trafiono gdzie indziej. Most został nienaruszony, a spalono budynek w Ł±koszynie za kociołem. A bywało, że bombowcom nikt nie przeszkadzał. Ani nie strzelano do nich, ani naszych pocigowców nie było. Bylimy zdani na łaskę i niełaskę. I oto uczucie opuszczenia i bezsilnoci, było niezmiernie przykre. Jednego dnia około 2 po południu wezwano do szpitala, do rannych. Trzeba było i¶ć, choć bombowce kr±żyły. Na ogół nie opuszczałem w takich razach plebanii, choć inni uciekali. Bo w razie zapalenia domu, lepiej być na miejscu, aby cowyratować. Szczególnie, gdy się ma matkę przykut± chorob± do łoża w wieku lat 90. Ale teraz trzeba było i¶ć. Jeszcze wszystkich nie wyspowiadalimy, aż tu nalot jakby na szpital, bo szyby z okien się posypały. Bomby upadły do ogrodu szpitalnego Kto mógł się ruszyć, uciekał w stronę kaplicy, gdzie jest wewnętrzny korytarz. Gdyby tam bomba trafiła byłaby straszna masakra, bo bardzo wiele ludzi się tam zebrało. Byłem niespokojny o dom, więc ledwie cokolwiek się uspokoiło, wyszedłem ku domowi. Aż tu w przejciu uderzyła bomba w fabrykę "Kraj". Robotnicy pożar ugasili. Druga pal±ca, do ogrodu plebańskiego. Poszedłem do pokoju Matki. Dobrze, że nie stałem w oknie, lecz usiadłem, ale naprzeciw okna. Bomba upadła blisko plebanii. Odłamki bomby wpadły do pokoju nad moj± głow± i poharatały cianę. W pokoju zrobiło się ciemno od dymu, wapna i kurzu. Szczę¶liwie, Ŝe nikt z ludzi nie został raniony, bo ułamki bomby poszły [do] góry. Druga bomba wbiła szyby w stołowym pokoju i w pokoju Ks. Wikarego. Wtedy w ogrodzie plebańskim upadło pięć bomb, w tym jedna zapalaj±ca. Zaraz za szos±, przy buduj±cym się Domu Katolickim upadło 4 bomby, w tym jedna zapalaj±ca. Na rynku przy kociele trzy. Szyby w kociele wypadły. W plebanii niemal wszystkie szyby od strony ogrodu i czę¶ć dachu zniszczone. żadnego wojska wtedy w całym Kutnie nie było. Ulice były puste. A jednak usiłowano kociół zbombardować, a może szpital, choć powiewała flaga czerwonego Krzyża.

Pewnego dnia rano, kiedy odprawiałem Mszę ¶w., zaczęły bomby spadać blisko kocioła. Zrobił się w kociele straszny popłoch, bo zdawało się, że lada chwila kociół się zawali. Od tego dnia przyspieszylimy o godzinę odprawianie nabożeństwa. Dlatego starałem się zawsze być w pobliżu kocioła i często w czasie nalotów patrzyłem na kociół, czy się nie pali, aby w porę uratować Najwiętszy Sakrament i co z aparatów kocielnych. Nie wyniosłem nic przedtem, bo wszędzie było niebezpiecznie (…).

 


Tre¶ć rozszerzona