1 września 1939 roku w Kutnie we wspomnieniach ks. Michała Woźniaka

Był śliczny poranek jesienny, piątek 1 września. Bawił u mnie na wakacjach Ks. Dominik Dziewanowski. Przed dwoma tygodniami był w Gdyni. Po drodze wstąpił do swych sióstr do Bydgoszczy, a potem na parę dni, przed rozpoczęciem roku szkolnego chciał się zatrzymać u mnie. Spał w salonie. Wtem, w piątek przed godziną 6 rano wpadł do mego pokoju z zapytaniem czy słyszałem jakieś wybuchy. Byłem senny, ale słyszałem, bo te wybuchy mnie obudziły. Poczęliśmy snuć przypuszczenia, co by to mogło być. Gdy tak rozmawiamy, zabrzęczał telefon. To ze szpitala wzywają na gwałt do rannych wszystkich księży. Pobiegłem więc z Ks. Oziębłowskim. Księża prefekci obaj i drugi Ks. Wikary Malinowski wyjechali do wojska na kapelanów. Ranni byli to rzemieślnicy i robotnicy, który wykańczali koszary w Sklęczkach oraz inni z pociągu, idącego do Łodzi. Na koszary i na pociąg z rzucono z samolotów bomby, a potem ostrzeliwano jeszcze pociąg z samolotu, karabinem maszynowym.

        Taki był początek wojny w Kutnie. Odczuliśmy to jako zwykły napad zbójecki, bo wśród rannych nie było wcale żołnierzy. Widok był okropny. Ciała porozrywane odłamkami bomb, stanowiły u niektórych osób jedną miazgę bezkształtnej masy. Udzielaliśmy rozgrzeszenia ciężej rannym i namaszczaliśmy na czole, jeśli to było można. Mniej rannych zostawialiśmy na później. Nie mogliśmy nadążyć bo nowych przywożono, a nie było komu wynieść do kostnicy. Kilkadziesiąt osób tego dnia było ofiar. Nazajutrz było już mniej. Ale w niedzielę 3 września z górą pięćset osób zmasakrowano. A stało się to dlatego, że Kutno zawalone było uchodźcami od granicy. Wiele osób zebrało się na dworcu kolejowym, chcąc się dostać koleją do Warszawy. I w tę masę ludzi samolot rzucił kilka bomb. Zabitych było od razu przeszło dwieście osób – resztę strasznie pokaleczonych, którzy też zaraz poumierali. Tylko we dwóch z Ks. Oziębłowskim udzielaliśmy ostatnich Sakramentów. Oczywiście już nie szpitalu tylko, ale gdzie się dało. Na wozach, na skwerku przed szpitalem. Sutanna powalała mi się krwią ludzką, bo trzeba było wśród rannych przyklękać, aby ich opatrzyć.

         Gdy wróciłem późnym wieczorem do domu, wyczerpany do ostatnich granic fizycznie i moralnie, piesek Bobik począł obwąchiwać sutannę i spoglądać na mnie, jakby chciał zapytać, co to wszystko znaczy. Nad wieczorem bomby zapaliły zbiorniki spirytusu. Powstał z tego olbrzymi pożar. Widać było w mieście, a nawet w okolicy. Tego dnia K. Marian Pawłowski, tutejszy parafianin, miał prymicje. Na sumie mało było ludzi. Nieszporów wcale nie było. Prymicjant po obiedzie pojechał na Florek do rodziców swoich, aby się pożegnać, zabrać rzeczy i udać się wraz z uchodźcami w stronę Warszawy. Kolej już stanęła, bo było niebezpiecznie jechać, zresztą mosty już były niepewne.

        Tak samo rozmyślał mój przyjaciel Ks. Dziewanowski, jakby się dostać do Warszawy. Stanęliśmy na szosie przed plebanią i obserwowaliśmy uchodźców, którzy w rozmaity sposób uciekali. Wielu było takich, co na ręcznym wózku ciągnęli sami swoje mienie. Wielu tez pytał się o drogę. Przeważnie ci, co jechali samochodami. Wtedy próbowaliśmy nawiązać rozmowę, czy by nie mogli zabrać dwóch księży. trafiło się, że jeden samochód, aczkolwiek bardzo pełny, ale jeszcze jednego księdza mógł zabrać. Pojechał Ks. Dziewanowski. Po dwóch godzinach, już w nocy, udało się i neoprezbiterowi zabrać się na otwarty, ciężarowy samochód. Ogromnie się ty martwiłem, bo noc była chłodna, a Ks. Pawłowski był lekko ubrany. Ale Bogu dzięki dojechał szczęśliwie. […]

Na zdjęciu ze strony fotopolska.eu plac J. Piłsudskiego we wrześniu 1939 r.

logo-tpzk.jpg
Zadzwoń do nas
+48 883 555 432
Napisz do nas
poczta@tpzk.eu
Przewiń do góry