Na krawędzi pamięci… rzecz o kutnowskich Żydach 2020

 

Pamięć musi trwać pomimo trudności dzisiejszych czasów.

W dniu 19 kwietnia, w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim,  obchodzony jest w Polsce  Dzień Pamięci o Holokauście i przeciwdziałaniu zbrodniom przeciwko ludzkości.  Data ta pozwala na podkreślenie w czasie obchodów nie tylko pamięci o tragedii i ofiarach Holokaustu, ale również możliwości przeciwstawiania się zbrodniom przeciw ludzkości. Główną ideą obchodów Dnia Holocaustu jest uczczenie ofiar  zagłady. Pamięć o tej tragedii ma też być przestrogą dla przyszłych pokoleń wobec odradzania się postaw antysemityzmu, wynikających z uprzedzeń i stereotypów.

Mamy skłonność do odwracania głowy od tego, co nieprzyjemne – mówił Marek Edelman. To, co się stało podczas wojny ze społecznością żydowską było i nawet dzisiaj jest trudne do zrozumienia.   Trzeba próbować nawet te najtrudniejsze doświadczenia poddawać refleksji, by zrozumieć, co możemy zrobić, by się nie powtarzały.

Po upływie ponad 70 lat od tragicznej historii Zagłady, młodsze i całkiem młode  pokolenia mają coraz mniejszą wiedzę i małe zrozumienie tych odległych wydarzeń, temat wojny przestaje istnieć w rodzinnych rozmowach, odchodzi pokolenie świadków, zaciera się świadomość o Auschwitz-Birkenau, Dachau, Stutthof, czy o niedalekim Kulmhof.

Jak co roku, chcieliśmy zorganizować w kwietniu Dzień Pamięci o kutnowskich Żydach, jednak pandemia COVID-19 sprawiła, że wszyscy musieliśmy zmienić swoje plany…. Zdobyliśmy środki finansowe na  realizację zadania publicznego pn. „Na krawędzi pamięci…, rzecz  o kutnowskich Żydach” w konkursie ofert organizowanym przez Prezydenta Miasta Kutno. Patronat honorowy nad  całym projektem  przyjęli Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich, Prezydent Miasta Kutno oraz Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Partnerami w naszym projekcie są: Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi  oraz Kutnowski Dom Kultury.

Pamiętając  o tym, co się zdarzyło w Warszawie 19 kwietnia 1943 roku,  należy przypominać także o losach Żydów z Kutna, Krośniewic, Żychlina i pozostałej części regionu kutnowskiego. Wszyscy  więzieni byli w gettach utworzonych przez nazistowskie Niemcy i zamordowani  w obozie zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem.

Tradycyjnie już obchodom Dnia Pamięci o Holokauście i przeciwdziałaniu zbrodniom przeciwko ludzkości, upamiętniającego rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim, towarzyszy  symbol – żonkil pamięci. Związany jest on z postacią Marka Edelmana, jednego z przywódców powstania w getcie. Przez wiele lat składał on pod pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie bukiet żółtych kwiatów, często były to żonkile. Dlatego także my, mieszkańcy Kutna i okolic kładziemy pod tablicą poświęconą pamięci kutnowskich Żydów bukiet żonkili… , symbol naszej pamięci.

Ze względu na pandemię Covid-19 nie możemy przyjść pod mury kutnowskiego getta, aby po raz kolejny uczcić pamięć więzionej tutaj, a później zgładzonej żydowskiej społeczności Kutna i regionu kutnowskiego liczącej prawie 8000 osób. Pamięć musi trwać pomimo trudności dzisiejszych czasów. W związku z globalną pandemią, wszędzie obchody zostały przeniesione do przestrzeni wirtualnej. Choć w tym roku nie zbierzemy się fizycznie, to wciąż możemy być razem tego dnia.

Pamiętajmy o tym, co się  zdarzyło.

Pamiętajmy o tych, którzy zostali zamordowani bez sensu i bez powodu.

Niech pamięć o nich trwa!


Getto w Kutnie.

Relacja   Łucji S.

Za czasów okupacji niemieckiej przebywałam w Kutnie, Judenlagrze Konstancji, Gąbinie, Płocku i Strzegowie. Materiał niżej podany jest oparty na osobistych przeżyciach.

Ciężkie czasy przeżyli Żydzi kutnowscy do założenia lagru Konstancji, ale one były niczym w porównaniu  z tym, co przeżywano w samej Konstancji. Mnie jednej z kilku tylko osób, którzy doczekali dnia dzisiejszego danym było spełnić życzenie masy Żydów pragnących przeżyć, by móc chociaż w części opowiedzieć to, co przeżyli. Zimą roku1939/1940 przeżyli Żydzi pod ciągłym  strachem wysiedlenia. Ze spakowanymi plecakami oczekiwano wiosny jak zbawienia, uważając, że wysiedlenie podczas wiosny będzie łatwiejsze ze względu na transport i nowe osiedlenie się. No i matki unikną chociaż po części takich tragedii, jakie przeżywały kobiety z Pomorza będące zmuszane ciałka zmarzniętych dzieci wyrzucać przez otwarte wagony węglowe, jakimi byli nieraz kilka dni wiezieni bez kropli ciepłej wody w tak straszne mrozy pierwszej zimy wojennej. Jedną tego rodzaju scenę widziałam sama na dworcu  w Kutnie.  Jak jeden z Banhofschupe (policji kolejowej) łapiąc zrzucane zawiniątka  szybko rozwinął i zobaczono w nim trupa kilkutygodniowego dziecka z karteczką „Bela Maszkowicz, Bydgoszcz”. Transport był widocznie z Bydgoszczy, a wagony stały całą noc na dworzu, przy okropnym mrozie i nie wolno było nic ciepłego podać.

Z wiosną oczekiwano też zmian politycznych, ludzie wierzyli w szybką pomoc Anglii i Ameryki, lecz wiosna oprócz  cierpień i rozczarowań nie przyniosła nic dobrego. Lecz za to wiosną napłynęło trzech nowych katów. Jeden młody gestapowiec Hofman zwany „czarnym Geńkiem”, który był specjalistą od rabunków i  maltretowania młodych dziewczyn, które rozbierał do naga i strasznie bił. Drugi był SS-man zwany „Żółtym”, ten był specjalista od bicia mężczyzn. On mi specjalnie utkwił w pamięci ze względu na osobiste przeżycia. Kiedyś podczas łapanki do roboty chciał akurat przed naszym domem wziąć ojca, który był na podstawie poświadczenia z policji przepustki Aeltestenratu jako jedyny rzeźnik prowadzący interes zwolniony był od wszelkich robót. Mimo przepustki i tłumaczenia Żółty  nie ustępował i uderzył tatusia, tatuś momentalnie oddał i wleciał do sieni.  Żółty za nim i rozpoczęła się bójka, która zakończyłaby się tragicznie dla ojca lub mnie,  bo ja zwiedziona krzykami  zbiegłam na dół i wtargnęłam w środek chcąc obronić tatusia, bo Żółty wyciągnął sztylet, lecz w tej sekundzie mamusia moja, która idąc na obiad słyszała krzyki wleciała do sieni i z nadzwyczajną zręcznością wyrwała mu sztylet i poleciała na policję. Żółty w pierwszej chwili poleciał do Gestapo, które za kilka minut przybyło dwoma autami. Ojca nie wzięli, zdążył zbiec, ale matkę, która wracała z policji, gdzie rozprawiono się z nią łaskawie, bo zabrano sztylet i na jej tłumaczenie się odpowiedziano: „ ja verstchan, aber Juden haben kein Recht”. Zabrano ją i żelaznym prętem od zamykania okiennic strasznie zbito. Po moim dość dużym staraniu zwolniono ją, ale w jakim stanie – pluła krwią, plecy miała czarne.  To nie wszystko, Żółtemu zbirowi przy pomocy trzeciego słynnego bandyty Michał Stumpfer, a który był Sturmfurerem na powiat Kutno i szefem Gestapo zajechał i wywiózł wszystko, co było ruchome. Na jedno nie pozwoliłam gdy chciał wyciągnąć pościel z łóżka chorej  jeszcze matki nie pozwoliłam i zdenerwowaniu wypowiedziałam wszystko co o Niemcach myślę, podkreślając Niemcy są narodem rabuśników i bandytów. Pozwolił mi się wygadać do końca przyglądając mi się  tylko, ale po słowach, w których było za dużo prawdy przyskoczył do mnie, w mieszkaniu wszyscy struchleli, niektórzy z wynoszących meble Żydów znając jego bandytyzm wycofali się do przedpokoju, byli pewni, że  mnie zgładzi, ale nie wiem, co go do tego skłoniło, że uderzył mnie tylko w twarz i ryknął „diese Judin ist nach frech”. Miałam szczęście, gdy członkowie Rady żydowskiej usłyszeli o tym zajściu, byli bardzo zdumieni, że ten typowy Judenfor  nie zabił mnie od razu. Ojca poszukiwali, ale bezskutecznie, był dobrze ukryty, ale od nas nic nie wydębili. W kilka dni później rozpoczęła się akcja  wysiedleńcza, wybierano bogatych Żydów  i wsadzano do tytoniówki i tam bijąc rozbierali do naga, rewidowali dokładnie, zabierali rzeczy wartościowe i tam trzymali ich do założenia Konstancji. O założeniu Gheta w Konstancji krążyły pogłoski, ale nikt  nie był w stanie uwierzyć, że w starej nieczynnej fabryce i 5 budynkach umieszczą 7 tysięcy ludzi, to było nie do pomyślenia. Ale straszny burmistrz Schuerman przekonał wszystkich o tej okropnej prawdzie w ciągu kilku godzin. W niedzielę dnia 16 czerwca 1940 roku otrzymali Żydzi rozkaz natychmiastowego opuszczenia swoich mieszkań i przeniesienia się na Konstancję. Dzień ten, uważam, pióro najzdolniejszego poety  i pisarza nie zdołałoby opisać. Niezapomniany dzień. Przygnębienie, opuszczone twarze,  ciągnący  w asyście  Gestapo i innych bandytów tłum ludzi, którym nie szczędzono bicia, wlokące się z resztkami żydowskiego dobytku wozy, krzyki dzieci, szlochanie i bezradne załamywanie rąk kobiet, tłumoki i plecaki różnego rodzaju niesione na plecach, tam garnek, tu połamane krzesło, łóżko czy inny grat, ryk zbirów szwabskich, to wszystko robiło  tak okropne wrażenie, że człowiekowi, który tego nie widział, choćby miał najbujniejszą wyobraźnię, nie jest w stanie to utworzyć  w pamięci. Najgorsze jednak rzeczy odgrywały się przy Zarządzie Miejskim, gdzie rozdawano podwody. Chwytano się desek, zatrzymywano konie, bito się, wyzywano się wzajemnie, każdy chciał być pierwszy, każdy zdawał sobie sprawę, że tylko ci, co pierwsi przybędą na Konstancję, będą mogli mieć jakiś dach nad głową. I tak też było, miejsce na wstawienie łóżka pod jakimś dachem zdobywano siłą lub kto był naprawdę pierwszy. Rada żydowska miała do dyspozycji dwa domy, z których jeden został przeznaczony na szpital i urzędy, a drugi otrzymali członkowie Aeltestenratu, urzędnicy i tacy, którzy dobrze mogli zapłacić. Z tego to powodu dom ten  był przez bundystów zwany „lordowskim”. Korytarze i strych, piwnice zajmowali ludzie różnego rodzaju.

Jakże smutny widok przedstawiała Konstancja pierwszego wieczoru. Najsilniej płakali, 95% było bez dachu nad głową. Głodne po tym tragicznym dniu dzieci usypiały  na leżących tłumokach pościeli pod gołym niebem, przy nich  w różnych pozach, jedne klęczały, drugie leżały, matki szeptały słowa modlitwy, czy bólu lub patrzyły bezradnie na mężczyzn. Mężczyźni  jakże różnie reagowali na tę niemą  czy wypowiedzianą rozpacz. Słyszało się przekleństwa, czy słowa „kiedyś przyjdzie dzień zapłaty”, jedni zaciskali pięści, drudzy zachowywali się jak kobiety. W oczach niektórych widać było jakieś silne postanowienie, zaciśnięte usta potwierdzały to prawdopodobnie. Zdawało się, że ich  spojrzenia mówią: cierpimy, ale trzeba jakoś zaradzić, musimy w tych tragicznych warunkach umieć żyć. Pragnienie przeżycia miało taką siłę, że wynik niektórych rozmyślań dał się widzieć już nazajutrz…, w Konstancji zawrzało jak w ulu. Energiczniejsi zrozumieli, że skoro muszą tu żyć, muszą sobie to życie ułatwić. Jedni chwytali  się za robienie pałatek, inni wyrzucali żelastwo z fabryki chcąc ustawić łóżko, bo łóżko było w Getcie najniezbędniejszym meblem, na łóżku się spało, jadło, siedziało, ubierało, pod łóżkiem umieszczano statki kuchenne, rzeczy, żywność i inne konieczne rzeczy. Inni zbierali cegłę, by z cegły i gliny skombinować mieszkanie.  Zachęcano tych, którzy nie mieli własnej inicjatywy. Zaraz pierwszego dnia wywieziono kilka trupów, którzy zmarli na atak serca. Tragicznie było z wodą i ubikacjami. Jedna studnia i trzy ubikacje na 7 tysięcy ludzi. Za kubełkiem wody stało się w ogonku do wieczora. Do ubikacji płaciło się 5pf. Za wejście  i trzeba było stać  w ogonku. Dopiero w kilka dni później wybudowano ubikacje, dla mężczyzn i kobiet, które były bezpłatne, w getcie ruszyło się życie. Zaczął się handel, można było wszystko dostać, trzeba było tylko mieć forsę. Kto jej nie miał, musiał korzystać  ze zorganizowanej przez Radę żydowską kuchni. Handel nielegalny rozwijał się, bo wachmani zwani „bolkami” za pośrednictwem Żydów zwanych bramkarzami brali łapówki. Z rozwalających  się chlewów robiono cukiernię. Ludzie wychodzili do pracy.  Byli tacy, którym powodziło się o tyle dobrze, że mieli co jeść, ale większość oprócz ciężkich warunków cierpiała głód.  Dwa, czy trzy razy, otrzymywała Konstancja  pomoc „jointu”  w charakterze mleka skondensowanego i smalcu.  Mleko otrzymywały dzieci, smalec został przydzielony do kuchni. Po kilku tygodniach  życie w getcie szło normalnym trybem, młodzież żydowska dzieląca się na trzy grupy: jedna część składał się z Bundystów i ich zwolenników pochodzących przeważnie ze sfer robotniczych i druga z dawnej młodzieży kształcącej się, zaczęła się interesować rozrywkami kulturalnymi.  Dziwna rzecz, że mimo  tego ogólnego zrównania, młodzież tworzyła dwa obozy i różnica rzucała się więcej w oczy  niż przed wojną. Podczas gdy my po wybudowaniu świetlicy w tunelu fabryki schodziliśmy się, aby czas poświęcić czytaniu książek, recytacjom, pogadankom, dyskusjom itd., młodzież bundu urządzała  żywe radio na górce w Konstancji, krytykowała i wykazywała błędy Judenratu w pieśniach, recytacjach, dowcipach, opowiadaniach i doskonałe skecze  urządzili na temat „życia w getcie”. Występy ich zwane były koncertami, były chętnie odwiedzane przez ludność. Każdemu przypięli łatkę. Oprócz Aeltestenratu dostawało się policji, urzędnikom, sanitariuszom, a nawet kucharkom z taniej kuchni. Pod koniec lata zaczęto budować szkołę i sierociniec. Myśmy dostarczali materiał i bund miał budować.  Odtąd zaczęła się współpraca. Szkołę wybudowano, ale nie została ona wykorzystana  w tym celu, w jakim ją zbudowano. W jesieni wybuchła straszna epidemia tyfusu plamistego, budynek zajęto dla chorych, gdyż tamten  szpital  już nie wystarczał. Getto zamknięto, nikogo nie wpuszczano, ani nie wypuszczano. Handel ustał. Władze niemieckie dostarczały tylko chleb. Nielegalnie dostarczali do getta  mięso i tłuszcz, matka moja  Ewa, stryj Leon  i Polak Zenon R., którzy siedzieli jako aryjczycy na wsi i przez druty  nocą po okupieniu Ripo dostarczali do getta.  Robiło się coraz gorzej. Zima  przygnębiała wszystkich. Epidemia zabierała codziennie kilka  ofiar.  Głód, zimno i zagęszczenie ludności, bo wszyscy z pałatek przenieśli się  do fabryki, gdzie już i tak było ciasno. W blokach bez sufitów o wysokości trzech pięter , gdzie wiatr i śnieg hulał, ludzie marzli.  Coraz częściej słyszało się: „ten ma już żółto pod  uszami” tzn. że ów lada dzień przeniesie się  na tamten świat z wyczerpania. Nasza młodzież urządziła kuchnię szpitalną, aby chorzy nie cierpieli głodu. Tu bardzo dużo energii wykazały dziewczęta. Zbierały wśród Żydów pieniądze.  Prowiant dostarczała mi matka, bo ja zajmowałam się, dopóki nie zachorowałam, działem prowiantowym.  Inne dziewczęta gotowały lub prały.  Oprócz tego miałyśmy dyżury w szpitalu.  Na wiosnę epidemia z przyczyn zrozumiałych jeszcze więcej  rozszalała. Każdy miał widmo śmierci przed oczyma. Trafiały  się wypadki obłąkania czy jakiegoś szału. Nigdy nie zapomnę sceny, którą kiedyś widziałam. Kobieta, chodzący trup, okropnie owszona, wleciała do domu lordowskiego i rzucając się w bogatszych mieszkaniach  na pościel lub łapała w ramiona ludzi strząsając z siebie wszy, śmiejąc się i płacząc lub  stękając życzyła wszystkim takiej śmierci, jaka ją czekała z głodu  i brudu.  W pewnym momencie dostała ataku konwulsji  i wijąc się z bólu zmarła  na oczach Lordenshausu. Śmierć głodowa na ulicy, przenoszenie noszy z chorymi bądź trupami, stało się częstym widokiem.  Ten umarł, tamten chory to były tematy stale poruszane. W maju 1941 roku ktoś wydał mojego stryja Leona Stuczyńskiego z całą paczką, że aprowizują Ghetto. I ich wszystkich  we wsi złapano i aresztowano. Matka moja zdołała zbiec do Gąbina, ich odtransportowano do Włocławka i tam powieszono.

Ghetto przestało otrzymywać tłuszcz. Każdy dzień przedstawiał się tragiczniej.  W tych warunkach żyć było niemożliwe i w czerwcu 1941 roku  myśmy z Ghetta z narażeniem życia uciekli do matki do Gąbina. Byliśmy prawdopodobnie ostatni, którzy  się z tego piekła wydostali. Przestawiliśmy  fragment artykułu Bożeny Gajewskiej pt. „Z akt  śledztwa w sprawie zamordowania przez hitlerowców kilkudziesięciu obywateli polskich narodowości żydowskiej, w czasie od czerwca 1940 do września 1943 na terenie  Getta w Kutnie”, który ukazał się w XX tomie Kutnowskich Zeszytów Regionalnych.

Autorką fotografii jest Julita Szczepankiewicz

Getto w Krośniewicach.

Przed wybuchem II wojny światowej w Krośniewicach mieszkało ponad 1000 Żydów. Niemcy zajęli to miasto 16 września 1939r. Od pierwszych dni okupacji zaczęli prześladować jego żydowskich mieszkańców. W krótkim czasie splądrowali i zniszczyli miejscową synagogę oraz  zbezcześcili Torę. Szykany wobec Żydów ze strony władz niemieckich rozpoczęły się po upływie kilku miesięcy od chwili zajęcia Krośniewic przez wojska niemieckie. Na początku prześladowania  dotyczyły obowiązku noszenia na odzieży gwiazd koloru żółtego, zakazu poruszania się po chodnikach, przymusowych robotach i kłaniania się wszystkim bez wyjątku Niemcom. Jeszcze przed utworzeniem getta, w miasteczku były wywieszone obwieszczenia w języku niemieckim i polskim żądające od Żydów złożenia różnego rodzaju okupu w wyznaczonym terminie, a niezastosowanie się do rozkazów groziło surowymi sankcjami.

Niemcy powołali Judenrat (Żydowską Radę Starszych), który odpowiadał za dostarczanie pracowników do niemieckich obozów pracy oraz zbierał podatki dla Niemców. Wiosną 1940 roku przystąpili do organizacji miejscowego getta, które oficjalnie utworzono 10 maja tegoż roku. Getto mieściło się  na obszarze 10.000 m². Mieszkańców getta skupiono w kilku kamienicach  i kilkunastu domach przy  ulicy Kutnowskiej (po lewej stronie patrząc w kierunku Kutna), za pomieszczenia mieszkalne służyła również synagoga i dwa budynki należące do ówczesnej gminy żydowskiej.  Według relacji świadków, teren ten zaczynał się w miejscu rzeźni, tj. sklepu masarskiego. Osadzono w nim ludność żydowską z Krośniewic, Żychlina i okolicznych wsi, razem około 1500 osób. Gettem pod nadzorem żandarmów i posterunku w Krośniewicach zarządzała Rada Żydowska. Działa też policja żydowska.

W początkowym  okresie oprócz wyjątkowo ciężkich i trudnych warunków mieszkaniowych było dość znośnie, gdyż do getta ukradkiem (w szczególności w dzień)  przedostawała się miejscowa ludność polska. Wielu Polaków utrzymywało kontakty handlowe z Żydami uwięzionymi w getcie. Dostarczano im żywność w zamian za różne usługi rzemieślników.  Z relacji jednego ze świadków wynikało, że wielu Polaków chodziło do dentysty oraz  do lekarza żydowskiego pochodzenia więzionych w getcie. W późniejszym okresie teren getta został otoczony płotem z siatki i drutem kolczastym, a wejście do niego  – brama – było strzeżone przez straż wyłonioną  z samych Żydów.  Jak podkreślał w swojej relacji jeden z ocalałych Żydów, Polacy dużo pomagali społeczności żydowskiej uwięzionej w getcie.

Warunki panujące w getcie były bardzo ciężkie, ludzie zamieszkiwali po kilkanaście osób w  jednym mieszkaniu (w jednej izbie mieszkały 3-4 rodziny), brakowało żywności, opału, nie było jakiejkolwiek opieki lekarskiej.  Panowała ciasnota i  choroby.  Ludności żydowska zamieszkująca na terenie getta nie mogła opuszczać tego miejsca. Niezastosowanie się do tego zakazu skutkowało natychmiastowym rozstrzelaniem. W okresie funkcjonowania getta zdarzały się pojedyncze zabójstwa osób podejmujących próbę ucieczki, bądź niestosujących się do rygorów panujących  w getcie. Jedna  z Polek  relacjonowała, że  niemieccy żołnierze zaprowadzali Polaków do getta i proponowali im kupno różnych rzeczy odebranych Żydom. Ona osobiście po wejściu do getta, widziała w jednym z pomieszczeń   zgromadzone różnego rodzaju przedmioty  jak buty, bielizna, ubrania, pościel. Rzeczy te były posegregowane, poukładane na różnego rodzaju kupki. Po wejściu do getta, ukazał  się jej straszny widok. Kobiety i dzieci żydowskie  głośno płakały, wyciągały ręce i prosiły o kawałek chleba, kartofle lub coś  do jedzenia. Były wynędzniale i wychudzone. Widząc ten obraz świadek sama się popłakała i nie kupując żadnych przedmiotów opuściła getto.

Żydzi zamieszkujący w getcie w Krośniewicach, zarówno mężczyźni, jak również kobiety i dzieci, byli zatrudniani do najcięższych prac przy murarce, przy kopaniu rowów, w warsztatach kolejowych, jak również w okolicznych majątkach obszarniczych rolnych, zarządzanych przez władze okupacyjne oraz wykonywali prace porządkowe na terenie Krośniewic. Jedna z mieszkanek Krośniewic w swojej relacji przekazała informacje o tym, że pracując jako sprzątaczka  w miejscowym posterunku żandarmerii była świadkiem zamordowania jednego z więzionych w getcie Żydów.  Dwa razy w tygodniu do biura żandarmerii sprowadzano Żydów z getta do sprzątania ubikacji i robienia porządków na podwórzu. Gdy po wykonanej pracy żandarm odprowadzał  więźnia do getta, ten zaczął uciekać w drugą stronę od bramy  i chciał się wspiąć na murowany płot. Żandarm zastrzelił go z pistoletu zabijając go na miejscu. Po dwóch godzinach przyszło dwóch  Polaków samemu ciągnąc wóz konny, na który włożyli ciało i odeszli ciągnąc furgon na cmentarz żydowski.

W lutym 1942 roku w Krośniewicach został utworzony specjalny obóz przejściowy, który usytuowano w kilku drewnianych barakach na targowicy przy  ulicy Poznańskiej (z przeznaczeniem dla spędu zwierząt w czasie odbywających się jarmarków). Początkowo, podczas okupacji, baraki te wykorzystywane były przez Niemców jako stajnie. Baraki nie przystosowane do zamieszkiwania ludzi, były nieszczelne, nie miały podłóg i było w nich strasznie zimno. Plac wraz z barakami  ogrodzony był drutem kolczastym oraz strzeżony przez żandarmów z dołu jak i również z góry, ponieważ Niemcy na pobliskiej wieży strażniczej  straży pożarnej zorganizowali punkt wartowniczy. Wewnątrz baraków na ziemi leżało trochę starej słomy, na której spali Żydzi.  Do baraków tych przewożono Żydów z innych terenów, a w szczególności z Żychlina,  Dąbrowic, Włocławka oraz równocześnie z likwidacją getta przy ul. Kutnowskiej przepędzono w to miejsce Żydów z właściwego Getta. Przez obóz przejściowy przeszło, zdaniem świadków, około 3.000 Żydów. Transporty przybywały przez  okres około jednego miesiąca, kilka razy w tygodniu, liczyły od 100 do 300 osób. Żydów  z obozu przejściowego nigdzie nie zatrudniano.  Był to punkt etapowy, bowiem z tego punktu Żydzi byli wywożeni do Kulmhof  i tam mordowani. Świadkom wydawało się, że jednorazowo  w  barakach mieściło się około 300 Żydów, z tym, że niemal codziennie ich wywożono i  ciągle  napływały nowe transporty.

Umieszczeni w obozie przejściowym Żydzi pozbawieni byli  nie tylko pościeli, ubrań na zmianę,  ale nawet najniezbędniejszych rzeczy osobistych.  Przywożono do baraków jakieś zupy oraz chleb, który podawany  był w niewielkich ilościach, tak, że chleb dostał ten, kto się przepchnął przez tłum  do wozu. W większości przypadków jednak chleb nie był dzielony normalnie, a po prostu rozrzucany i kto zdążył złapać bo był silniejszy, to zjadł. Przede wszystkim zaś gotowano zupę z pozostałych zapasów we właściwym getcie i rozdzielaną ją więźniom obozu przejściowego. Z relacji świadka, który  był zatrudniony przy przewożeniu żywności z getta przy ulicy Kutnowskiej do obozu przejściowego przy ul. Poznańskiej  wynikało, że zupy gotowano z  brukwi, kartofli, mąki, kaszy. Były przypadki, że świadek sam rozlewał  zupę taką warząchwią, która miała pojemność około jednego litra zupy. Żydom trudno było  korzystać z tych posiłków, bo nie posiadali ani naczyń ani łyżek i nie mieli po prostu czym jeść. Zupę  rozlewano do czapek, butów, kaloszy, przerżniętych piłek do gry, pudełek. W ten sposób  ludzie jedli. Przy rozdawaniu pożywienia  był straszliwy tłok i  krzyk. Przyglądali się temu żandarmi i przy tej okazji bili więźniów gdzie popadnie.

W obozie przejściowym w Krośniewicach dokonywano licznych morderstw na Żydach, w szczególności na Żydach próbujących ucieczki. Z relacji świadków wynika, że w  obozie przejściowym  odbywały się  makabryczne   i nieludzkie sceny. Był straszliwy krzyk, płacz, a żandarmi bili więźniów  kolbami i popychali.  Żydzi  lamentowali, wyrzucali przez druty bardziej wartościowe przedmioty prosząc o chleb i pomoc. Polacy jednak nie mogli już wtedy udzielić im żadnej pomocy, gdyż gdyby ktokolwiek chciał się zbliżyć do drutów, wartownicy z tej wieży, bez żadnego ostrzeżenia, strzelali. Strzelali także do ludzi znajdujących się dalej poza drutami, i w ten sposób zastrzelili kilkadziesiąt osób. Niektórzy Żydzi celowo próbowali ucieczki, by Niemcy ich rozstrzelali. Zwłoki pomordowanych  były ładowane przez innych Żydów, jeszcze żyjących, na dwukołowy wózek  i wywożone na cmentarz żydowski.  Mieszkańcy Krośniewic, jadąc kolejką wąskotorową, niemal codziennie widzieli na terenie obozu przejściowego, sporą ilość trupów, bądź zastrzelonych bądź zmarłych z zimna czy wyczerpania.

Uwłaczające godności człowieka warunki bytowe powodowały liczne zgony a w szczególności niemowląt, dzieci i ludzi starszych. Świadkowie zeznali, że z terenu obozu przejściowego każdej nocy słychać było odgłosy strzałów, krzyki i płacz dzieci,  a na drugi dzień rano widziano obok baraku trupy pomordowanych Żydów – zwłoki dzieci, kobiet i mężczyzn. Były takie przypadki, że kobiety rodziły i niemowlęta te od razu zabijano.

Kilku świadków bezpośrednio widziało fakt morderstwa dokonanego na  jednym z więźniów, który  rozmawiał z nieznanym świadkom gestapowcem a następnie oddalił się poza barak. W obecności świadków wartownik zdjął z pleców karabin i oddalającego się  więźnia zastrzelił.  Zeznali oni,  iż przechodząc obok obozu słyszeli rozmowę Żyda  z gestapowcem, który jak świadkowie z jego gestów zrozumieli– kazał mu uciekać. Gdy ten zaczął biec w stronę drutów, gestapowiec go zastrzelił. W toku śledztwa nie zdołano ustalić liczby Żydów zamordowanych w Getcie w Krośniewicach, tym bardziej, że jak to wynika z zeznań świadków, Żydzi zmarli w obozie przejściowy bądź zamordowani, byli bez żadnej ewidencji wywożeni na miejscowy cmentarz żydowski. Według świadków,  obóz przejściowy funkcjonował około jednego  miesiąca czasu. Pod koniec trwania obozu przejściowego  Żydzi już wiedzieli, że są wywożeni na zagładę.

Przestawiliśmy  fragment artykułu Bożeny Gajewskiej pt. „Getto w Krośniewicach”, który ukazał się w XXI tomie Kutnowskich Zeszytów Regionalnych.

Autorem fotografii jest Paweł Pisarski

Getto w Żychlinie

(…) Po wybuchu II wojny światowej i zajęciu miejscowości przez Niemców, w Żychlinie było około 3600 Żydów, w tym wielu uchodźców. Od początku Żydzi byli źle traktowani: byli upokarzani i bici, ich mieszkania, warsztaty i sklepy były rewidowane i grabione. Potem doszedł obowiązek noszenia emblematów z gwiazdą. W kwietniu 1940 roku Niemcy aresztowali żydowskich intelektualistów, zostali oni wywiezieni do obozów koncentracyjnych. W czerwcu 1940 roku zostało utworzone getto na terenie tzw. Fabianówki, czyli zespołu zabudowań przemysłowych Karola Fabiana. W lipcu 1940 roku zostało utworzone drugie getto. Łącznie zgromadzono w nich ponad 4 tys. Żydów. Od głodu i chorób w gettach zmarło około 800 osób. W lutym 1942 roku niemiecka policja zabiła 100 Żydów na ulicach dużego getta. W marcu 1942 roku Niemcy przeprowadzili akcję likwidacji gett, wywożąc ponad 3 tys. Żydów do Krośniewic, a następnie do nazistowskiego obozu zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem. O gehennie Żydów podczas II wojny światowej często opowiadają członkowie Towarzystwa Miłośników Historii Żychlina. Po raz kolejny podzielili się swoimi wspomnieniami 9 marca 2016 roku.

Józef Staszewski: „Po wejściu Niemców do Żychlina początkowo nie odnoszono się ostro do Żydów. Do lipca 1940 r., czyli do utworzenia getta żyli raczej swobodnie. 15 lipca została podjęta decyzja o stworzeniu getta, a raczej drugiego getta. Getto duże było od wzdłuż ulicy Narutowicza, częściowo Łukasińskiego i dzisiejszej Traugutta. Sięgało aż do rzeki. Z tego terenu było wyłączonych kilka budynków, m.in. dom Kumma, piekarnia Sędkiewicza.

Duże getto zostało stworzone jednego dnia, w ciągu czterech godzin. Niemcy po prostu przesiedlili mieszkańców ul. Narutowicza, przy której mieszkało najwięcej Żydów. Przesiedlono ich z lewej strony ulicy na prawą, tak jak stali, zarówno Żydzi jak i Polacy. Wszystko to prowadził burmistrz niemiecki, miał to perfekcyjnie opracowane.

Patrząc od kościoła getto było po lewej stronie ul. Narutowicza. Brama do getta była od strony Narutowicza, jak obecnie jest słup ogłoszeniowy. Getto nie było opasane murem, ale ogrodzone płotem ze sztachet. Stosunkowo łatwo było z niego wyjść i Żydzi często tak robili. Posiadało swój zarząd i swoją policję. Na jego terenie była Rabinówka oraz szpital.

Małe getto było usytuowane na ul. 1 Maja, wówczas Pierackiego, w zabudowaniach tzw. Fabianówki. Powstało prawie jednocześnie jak duże. Tam kierowano Żydów, którzy nie mieścili się w getcie dużym.

Wiadomości na ten temat uzupełnia Jerzy Banasiak: „Getto duże było na Narutowicza od rzeki w prawo. Moi stryjowie Edek i Tadek  mieli tam warsztat mechaniczny, on nie wszedł w skład..y byli bogacsi niż oni. w jezyku jidysz. getta, podobnie jak warsztat Andrzejewskiego, przejął go Niemiec Krebs. Ten teren był wygrodzony. Od rzeki, na rogu była druga brama do getta, była zbita z desek i wzmocniona drutem kolczastym. Ja mieszkałem koło mniejszego getta – Aleje Racławickie 20. Na Fabianówce byli bogatsi Żydzi, wysiedleni z lewej strony miasta. Była tam cegielnia, do której prowadziła brama, pałac, dwa duże b wda gielnia, do której prowadziła brama. udynki i ciąg domków pracowników, stoją do dziś. Było tam bardzo ciasno, jak było ciepło, to ludzie spali pod dachem cegielni.

Żydzi musieli nosić gwiazdy żydowskie, początkowo na plecach, potem na rękawie. Gwiazdy były malowane na ubraniu lub przyszywane. Mój ojciec, który pracował w mleczarni, robił na sprzedaż gwiazdy z blachy.”

Tadeusz Kafarski: „Moją rodzinę Niemcy też przesiedlili. Mieszkaliśmy w okolicach dzisiejszej lecznicy weterynaryjnej, a przesiedlili nas na ul. Kościuszki 3, do domu pożydowskiego. Widziałem, jak w lecie Niemcy spędzali Żydów nad pobliskie stawy, by się kąpali. Jak nie chcieli wejść do wody, to do nich strzelali. Nam, dzieciom, kazali rzucać w nich kamykami.”

Żydzi byli wykorzystywani do różnych prac porządkowych na terenie miasta. Na polecenie Niemców rozbierali krzyże i kapliczki. Ich rękoma została też zbudowana willa dla burmistrza Żychlina Hempla w parku miejskim w miejscu zburzonego Kamienia Kościuszki (dziś mieści się tam Miejska Biblioteka Publiczna).

„Najstraszniejsze, co widziałem, wspomina pan Staszewski, to obraz wycieńczonych dzieci żydowskich. Jakie one były głodne! Z harcerstwa mieliśmy polecenie, by dostarczać do getta żywność i tak robiliśmy: nosiliśmy chleb, buraki, ziemniaki, marchew…”.

Nie było to bezpieczne. Jak wspomina Mirosław Zomerfeld: „Mój ojciec dlatego nie był wysiedlony, bo miał kuźnię. Mieszkaliśmy blisko. Moja ciocia pomagała Żydom w getcie. Deportowali ją za to na roboty do Niemiec, była niedaleko Dachau.”(…)

Różne były zachowania ludzi. Tak wspomina wydarzenia 1942 roku ks. Roman Indrzejczyk: „Wojnę i okupację niemiecką przeżyłem w Żychlinie koło Kutna jako mały chłopiec. Ocierałem się o przerażenie ludzi, bezradność, cierpienie, poniżenie, prześladowanie, krzywdę… Widziałem też getto – czułem wielką niesprawiedliwość wyrządzaną tym ludziom, zamkniętym, odgrodzonym od ,,naszego” świata. Świata przecież i tak bardzo ograniczonego przemocą i okrucieństwem surowych, bezwzględnych hitlerowskich rządów. Wiem, że niektórzy z nas próbowali coś robić, aby dać trochę pomocy i nadziei albo przynajmniej okazać życzliwość i solidarność, ale zawsze czynili to naznaczeni wielkim strachem. Strach był wtedy powszechny, bo ,,oni” – okupanci – mogli zrobić wszystko, co najgorsze. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale na pewno przed likwidacją getta: jeden z moich rówieśników, Stasiek, opowiadał, że jutro będzie w mieście ,,wywózka”, „będą wywozić z getta Żydów”, a jego ojciec będzie musiał w tym uczestniczyć. Nie do końca rozumiałem tę informację, ale mój tata powiedział wtedy: ,,Nie musi, człowiek dorosły nie musi robić tego, co złe, nawet gdy mu każą. (…) Trzeba pomagać, trzeba bronić krzywdzonych, a nie uczestniczyć w czynieniu krzywdy”. Zrozumiałem, że mój tata wtedy mówił o czymś bardzo trudnym, ale pamiętam to do dziś jako wyrocznię. To ,,nie musi”, ,,nie powinien czynić zła”, ,,powinien ocalać, pomagać krzywdzonym” jest ważniejsze niż wszelki strach i egoizm. W moim małym sercu pozostała ta świadomość, że tylko taki człowiek zasługuje na szacunek i uznanie. Domyślałem się, że taka postawa rzadko się zdarza…”.

A tak relacjonuje ostatnie dni swego pobytu w getcie żychlińskim Żydówka Helena Bodek (Jak tropione zwierzęta. Wspomnienia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1993, s. 66.): „Ogólna panika. Ludziom grunt pali się pod nogami. Chodzą jak nieprzytomni. W oczach obłędny strach, strach przed śmiercią. Wszystko wskazuje, że zbliża się czas likwidacji. Wreszcie zostaje wstrzymana poczta do getta. Przerwanie kontaktu ze światem zewnętrznym jest dla nas sygnałem ostrzegawczym: musimy uciekać – teraz albo nigdy”.

Helenie Bodek wraz z matką udało się wydostać z getta. Na przypadkowo spotkanej furmance docierają do Gąbina. Zatrzymują się w tamtejszym getcie, w którym jest jeszcze spokój. Tam trzy dni później od kolejnych uciekinierów – kilku młodych chłopców – dowiadują się o likwidacji żychlińskiego getta.

„Uniknęli aresztowania zupełnie przypadkowo. […] granatowy policjant Ćwik, za życzliwy stosunek – chodził po domach ze słowami pocieszenia – otrzymał wiele wartościowych prezentów. Rzeczy te przynieśli mu do mieszkania właśnie ci młodzieńcy. Gdy mieli już wrócić do getta, okazało się, że zostało otoczone przez gestapo. Ćwik w obawie o własną skórę kazał im uciekać. Chłopcy opowiadają o ostatnich chwilach żychlińskiego getta. Krótko przed likwidacją miejscowa policja oszalała. Kazano wszystkim policjantom żydowskim ustawić się w szeregu i zabijano jednego po drugim. Hilek Zygier zginął z okrzykiem: „Niech żyje naród żydowski!” Pod pozorem skontaktowania się z mężem została wyprowadzona z domu Obermanowa. Po przejściu kilku kroków padła na ziemię ugodzona strzałami w plecy. Taki sam los spotkał starych rodziców Obermana. Z całej rodziny pozostał kilkuletni synek. Gdy sąsiadka chciała się nim zaopiekować,  Niemcy zabili ją na miejscu. Dziecko stało na mrozie i płakało, a ludzie bali się zbliżyć do niego. W wieczór śmierci Obermanowej został też zastrzelony brat Altka.

Terror wzmagał się z każdą godziną. Policja wyprowadzała na cmentarz żydowski grupami ludzi. Tam ich mordowano – między innymi młodziutką Halusię Chude. Krew lała się strumieniami, wyciekając do rynsztoka ulicznego na zewnątrz getta. Zginęła doktorowa Winogron – na jej palcu zauważono duży brylant. Według innych pogłosek próbowała w ostatniej chwili skontaktować się ze swoją byłą służącą Aryjką, żeby powierzyć jej maleńkiego Maciusia. Zrozpaczeni ludzie wpadali w obłęd: młoda mężatka w ostatnim miesiącu ciąży, Rachcia Gelman rzuciła się na oczach gestapowców do rzeki, dosięgły ją tam kule niemieckie. Matka Chałemskiego, staruszka, w obawie przed Niemcami, zamknęła się w szafie, umarła na skutek uduszenia. O świcie zajechały podwozy zarekwirowane chłopom z okolicznych wsi. Załadowano na nie ludzi. Stali i żeby nie wypaść  z wozów, kurczowo trzymali się za ręce. Wśród płaczu dzieci, lamentu i krzyku kobiet posuwał się sznur furmanek w stronę stacji kolejowej. Tam nieszczęsnych wpakowano do bydlęcych wagonów w ostatnią podróż…

Małe, żydowskie miasteczko Żychlin jest „Judenfrei”, getto przestało istnieć. A stało się to w Purim. Właśnie w to święto – święto radości, święto dzieci – tysiące niewinnych istot zostało wraz z ojcami i matkami wysłanych na śmierć i tortury…”.

Po wywiezieniu żydowskich mieszkańców Żychlina do Kulmhof, Niemcy przeszukiwali ich domy w poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Wtedy zburzono do fundamentów dworek i budynki fabryczne Fabianówki, Rabinówkę przy ulicy Narutowicza i kilka innych budynków. Dopiero po systematycznie przeprowadzonej grabieży nakazano ludności polskiej zasiedlenie terenu byłego getta.

Przestawiliśmy  fragmenty artykułu Anny Marii Wrzesińskiej pt. „Żydzi w Żychlinie”, który ukazał się w XX tomie Kutnowskich Zeszytów Regionalnych.

logo-tpzk.jpg
Zadzwoń do nas
24 252 72 72
Napisz do nas
poczta@tpzk.eu
Przewiń do góry